![]() akub szedł z wolna środkiem trawnika oceniając jego stan po zimie. Kilka dni temu pobudzony ładną, kwietniową pogodą, zjawiającą się tego roku z początkiem marca, wygrabił z części ogrodu jesienno-zimowe liście i śmiecie. Trawa miała kolor zielono-popielaty, ale wyglądała zdrowo. Trawnik na szczęście nie miał ubytków, chyba ze względu na brak dużych śniegów zimą. Przeszedł do końca ogrodu, by wrócić zacienioną przez żywopłot częścią trawnika, czuł jak buty zapadają się w gąbczastym mchu o zielonym, zdrowym kolorze kontrastującym z resztą trawnika. Mech na trawniku przez niektórych nie jest tolerowany, a wręcz zwalczany, on tak nie uważał. Nie zależało mu nigdy na "sterylnej" płaszczyźnie trawnika, bez najmniejszego śladu chwastów, a wręcz czystej gatunkowo trawie. Zatrzymał się pod szumiącym z cicha wiatrakiem, którego zadaniem jest wskazać kierunek podmuchów chłodnego jeszcze wiatru. Spojrzał w niebo poprzez nagie gałązki drzew w tym kierunku, w którym wskazywał wiatrak. Jak okiem sięgnąć była błękitna płachta nieba ze słoneczną tarczą w środku. Choć wiosenna pogoda może być zdradliwa - jak przekonał się dwa tygodnie temu gdy przeziębił ucho - postanowił jednakże nie rezygnować z tej rzadkiej przyjemności "kąpieli" słonecznej o tej porze roku. Pora wiosenna, jak co roku w pewien sposób podniecała go, co sprawiało, że lustrował wszystkie rośliny, każdy krzaczek, oczekując pojawiających się pączków, listków, kwiatów.
Niecierpliwość w tym oczekiwaniu była tym większa, że miniony rok był pod kilkoma względami wyjątkowy. Właśnie niedawno, 4 marca 2021 r. minęła pierwsza rocznica pojawienia się w Polsce infekcja bardzo groźnego, zwłaszcza dla ludzi starszych - wirusa Covid-19. Dzięki Bogu wszyscy w jego rodzinie pozostają zdrowi. Możliwość przebywanie na powietrzu w ogrodzie, to w tej sytuacji, jedna z niewielu radośniejszych chwil w tym strasznym czasie izolacji społecznej. Późnym latem kilkanaście metrów bieżących żywopłotów z bukszpanu zżarły gąsienice, widok był smutny i przykry. Od kilkudziesięciu lat podobna plaga niszczy kasztanowce, teraz podobny los czeka bukszpan - przyroda potrafi być okrutna. Z tą smutną konstatacją Jakub wszedł do garażu, wyniósł krzesło ogrodowe, wymościł siedzenie kocem by otulał mu biodra, usadowił się wyciągnięty w stronę słońca, którego ciepło dawało się odczuć szczególnie na twarzy, podczas gdy kaptur kurtki osłaniał mu kark i uszy od wiatru. Ciemny kolor odzienia promieniował do wewnątrz błogim ciepłem, mimo lekkich powiewów wietrzyka. Miejsce ustawienia tego siedziska w ogrodzie było starannie wybierane, tak aby z jednej strony wysokie, złociste o tej porze roku trawy bambusowe dodatkowo osłaniały siedzącego, z boku zaś ściana "blaszaka" była także skuteczną osłoną. tan taki sprzyjał rozważaniom, które natarczywie absorbowały jego myśli. Kilka godzin minęło jak zerwała się nić korespondencji, a ściślej biorąc zniszczona została finezyjnie budowana konstrukcja, którą kiedyś nazwano by flirtem. Będąc któryś tam kolejny raz w stanie ciszy małżeńskiej i samotności egzystencjalnej, Jakub postanowił mimo już nieco zaawansowanego wieku udowodnić swą sprawność intelektualną, wmontowując w tę chwilową pustkę towarzyską "ornamencik" mający cechy findesieclowego flirtu, nie trwałego, nie narażającego nikogo na szkody. A może być nawet wręcz przeciwnie, dodającego uroku i dreszczyku emocji, pozostając na poziomie wymiany korespondencji mailowej. Ta emailowa współczesna, wymiana informacji nie jest tak dobrym nośnikiem poufnych treści jakim był papierowy liścik z tamtej epoki, zawsze jednak jest jakąś namiastką, zwłaszcza gdy przy pomocy starej formy niesiona jest współczesna treęć. Często irytowały go teksty mailowe lekceważące kompletnie gramatykę, ortografię i stylistykę języka polskiego. Postanowił w takiej korespondencji zabawić się polskim językiem z początków XX wieku, okraszając go szczyptą delikatnego humoru rodem z owych minionych czasów. Podczas jego hobbystycznej, artystycznej działalności malarskiej nawracała od czasu do czasu potrzeba nawiązania w jakiejś formie znajomości w profesjonalnych kręgach artystycznych. Podejmowane próby kontaktów ze współczesnymi artystami, absolwentami szkół artystycznych, z powodu krańcowo różnych ocen współczesnego malarstwa, nie mogły zakończyć się powodzeniem. Szansą dla niego stała się Marta, publikowała ona na jednym z portali reklamowych ofertę usługi z zakresu konserwacji dzieł sztuki a także nauki rysunku i malarstwa. Informacje, które przeczytał wskazywały, że może być osobą, której poszukiwał. Załączone zdjęcia wskazywały, że jest dojrzałą kobietą, o rysach twarzy i kolorze włosów które odpowiadały jego upodobaniom w kwestii kobiecej urody. Zawodowo zajmowała się konserwacją dzieł sztuki, ponadto będąc kiedyś działaczką w ZPAP, przypuszczalnie miała szerokie znajomości w środowisku artystycznym Warszawy, a właśnie ono także go interesowało. Pokładał nadzieję w tym, że korespondencja z osobą o tak dużej wiedzy zawodowej - jak wynikało to z publikacji w internecie w swym 'dossier' - pozwoli mu pogłębić jego wiedzę na temat malarstwa.
Doskonałym pretekstem nawiązania korespondencji była informacja, że
Marta zajmowała się kiedyś konserwacją obrazu "Ekstaza Św. Franciszka" El Greco i mogła mieć zdjęcie tego obrazu w wysokiej rozdzielczości. Gdy obraz ten dość przypadkowo odnaleziono w Polsce i stał się on hitem muzealnym, Jakub postanowił bliżej go poznać i być może przymierzyć się do wykonania jego kopi malarskiej w oleju. W miarę bliższego poznawania się, zamierzał pochwalić się swoim malowaniem w pewnym sensie jako gwarancji swoich zdolności artystycznych, nie wykluczał także ujawnienia innej swojej działalności artystycznej i nie tylko. I tak postanowił realizować pomysł nawiazania kontaktu z Martą. Pierwszych kilka korespondencji dotyczyło wspomnianego zdjęcia, niestety poszukiwania jego okazały się płonne. Mimo tego korespondencję za aprobatą Marty postanowił kontynuować ale z jego strony w formacie miękkiego absurdu lub groteski. Adresatka zdawałoby się wyrażała zgodę na tę formę wymiany myśli. Spodziewał się, że z racji swojego wieku, wolnego czasu i dużego dystansu do siebie (na stronie internetowej jej fotka z fajką w ustach była nieco zaskakująca !), zechce korespondować w tej konwencji. Była babcią podobnie jak on dziadkiem, nie znane mu były jej relacje osobiste, zresztą nie chciał o nich wiedzieć, psuło by mu to przyjętą koncepcję kontaktów. Nikłe zatem - co nie znaczy całkiem wykluczone - było prawdopodobieństwo głębszych związków emocjonalnych. W samym założeniu owej "intrygi" nie zakładał takich zdarzeń. Wspomniany "ornamencik" wplótł w groteskową przestrzeń korespondencji, licząc na wzajemność i podobne zaangażowanie ze strony Marty. Z jego strony w korespondencjach mailowych pojawiały się często takie zwroty jak: Wielce Szanowna Pani, Waćpani, Dobrodziejko, Waszmość - wszystko to w wyszukanym (często przesadnym) stylu z tamtej epoki. Kilka ostatnich dni intensywnej korespondencji w której wznosił się na wyżyny swego intelektu, wyglądały obiecująco, choć z jej strony wyczuwał wstrzemięźliwość na granicy nieufności.
Nadszedł wszakże ten dzień, a właściwie ranek owego dnia, kiedy poziom groteskowości być może w jej odczuciu przekroczył akceptowalny poziom absurdu. Przyznać musiał, że koncepcja była odważna i rzeczywiście absurdalna, ponieważ w jednej z poprzednich korespondencji napisał między innymi tak: " ... bowiem bardzo pragnę podczas specjalnej ceremonii podnieść Panią do godności mojej osobistej Muzy, z perspektywą dalszego awansu do godności Najwyższej Kapłanki w Świątyni Sztuki." oraz dalej: "córka Szanownej Pani mogłaby zrobić sesję zdjęciową z Panią w roli głównej, byłbym wdzięczny i poproszę:
- po pierwsze o format 'en face' (wzrok w obiektyw), bo musi Pani w czasie ceremonii patrzeć mi w oczy,
- po drugie inne formaty również będą mile widziane uświetniając całą ceremonię".
Zastanawiał się, czy tak sformułowaną propozycję mogła uznać za nietaktowną i zakończyć korespondencję używając dość brutalnych i niewyszukanych stwierdzeń, czśęciowo mijając się w nich z prawdą. Uznał z przykrością, że adresatka nie potrafiła oderwać się choćby na chwilę i uwolnić od obowiązków dnia codziennego. Zdystansowanie się po pewnym czasie Marty do jego pomysłu, tłumaczył sobie, iż był mało przekonywujący, a być może niezbyt "precyzyjny" (według współczesnych regół komunikacji społecznościowej) w wyrażaniu myśli i emocji.
Otóż to - zdarza się, że pewne sformułowania nie posuwają spraw we właściwym kierunku, a wręcz utrudniają powrót do wcześniejszej sytuacji, szczściem, że nadzieja jeszcze jest. Trudno uznać, że jest zasadne takie stwierdzenie: "Nie miał Szanowny Pan prawa aż tak śledzić mnie w internecie, to wysoce irytujące...", Marta wszakże w celach marketingowych umieściła zbiór swoich danych jako ogólnodostępny, trudno zatem mieć pretensje, że Jakub poznał te informacje, jego zdaniem nadmiernie obszerne jak na artystyczną ofertę usługową. Ostatnia korespondencja od Marty rozwiewająca szansę dalszego porozumienia i podtrzymania kontaktu, kończyła się stwierdzeniem: "Rozumiem, że ma Pan dużo czasu, ja jednak nadal pracuję i maluję, wciąż uczę się, jestem zajęta. Cenię więc sobie konkretność wypowiedzi". Słońce mocno grzało, wiatrak szumiał miarowo, nitowana blacha na ścianach garażu to mniej, to bardziej "cykała" ogrzewana promieniami słońca. Myśli kłębiły się w głowie w poszukiwaniu jakiegoś sensownego rozwiązania, ciągle nie dopuszczał możliwości by konflikt się pogłębiał, a co gorsza zniszczył definitywnie tę przestrzeń subtelnie tkaną przez ostatni okres. Tymczasem nie widząc rozwiązania, sam sobie zaproponował analizę sytuacji w późniejszym czasie i zasnął ... . odrętwienia wybudził go nagły wstrząs autobusu, podniósł głowę, spojrzał w okno - pojazd jechał już ulicą Mickiewicza. Uświadomił sobie, że bezwzględnie powinien kupić kwiaty i wręczyć Marcie wraz z czekoladkami lub paczuszką ciastek. Wysiadł na najbliższym przystanku i ruszył wzdłuż ruchliwej ulicy, przystrojonej flagami papieskimi w biało-żółtych barwach. Czuć było w powietrzu podniosłą atmosferę pierwszej wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II. Do spotkania z Martą pozostało jeszcze kilkadziesiąt minut. Postanowił iść pieszo rozglądając się za kwiaciarnią. Mickiewicza, będąc główną arterią Starego Żoliborza posiada kilka świetnie zaopatrzonych kwiaciarni. Wszedł do jednej z nich i wybrał amarantowe gladiole, nie żeby przywiązywał wagę do symboli, ale raczej doceniając uniwersalność tego popularnego koloru w przypadku nieznanego upodobania obdarowywanej. Minął jeszcze jeden przystanek autobusowy by skierować się w głąb osiedla. Wciąż dręczyła go myśl, czy słusznie zgodził się, by Grzesiek pośredniczył w organizowaniu tego spotkania. Grzesiek jest to chłopak, który przed maturą przychodził do niego na korepetycje z matematyki. Gdy spotkali się kilka dni temu przypadkowo, wyznał, że matematykę jakoś zwalczył, ale być może zainspirowany zainteresowaniami artystycznymi swego byłego korepetytora też zmierza w stronę malarstwa. Jak mu ujawnił w czasie rozmowy - Marta próbowała także zdawać na Wydział Malarski ale bez powodzenia, za to z sukcesem na Wydziale Konserwacji, i jest właściwą osobą z którą powinien porozmawiać. Stało się więc i Jakub zmierzał cichymi uliczkami zielonego Żoliborza pod wskazany adres.
Ubrany stosownie do okoliczności, stanął przed drzwiami trzymając w jednej dłoni starannie zapakowaną bombonierkę Wedla, w drugiej zaś bukiet amarantowych gladioli osłoniętych celofanem. Stał tak chwilę nie mogąc się zdecydować czy uruchomić dzwonek, czy raczej zapukać. Znacznie prościej byłoby przycisnąć dzwonek, można by to było wygodne zrobić przyciskając dzwonek ręką w której trzymał kwiaty. Po chwili refleksji uznał, że dźwięk dzwonka, zwłaszcza gdy okaże się zbyt hałaśliwy, może wywołać, u gospodyni emocjonalną reakcję, może nawet podniecające bicie serca którego to objawu chciał Marcie oszczędzić. Wiedział z doświadczenia, że poziom napięcia emocjonalnego przed taką wizytą jest pewnym a zarazem naturalnym stanem i nie należy go nadmiernie podnosić. Dla niego kulminacja doznań przed tym spotkaniem nie była obezwładniająca, raczej wyostrzająca jego ciekawość z jednej strony, z drugiej mobilizująca go do zaprezentowania się korzystnie podczas tej pierwszej wizyty. Przytrzymując pod pachą bombonierkę, przełożył wiązankę do lewej ręki i zapukał.
Dały się słyszeć kroki, łańcuch od blokady drzwi brzęknął spadając, rygiel zamka szurnął prawie bezgłośnie. Otworzyły się drzwi, stała w nich Marta, oczy ich spotkały się na chwilę, skierowała wzrok na prezencik w jego ręku i uśmiechając się rzekła:- Doprawdy, nie musiał pan, ale bardzo dziękuję, zaraz potem cofnęła się pół kroku zachęcając tym gestem by przekroczył próg. Gdy zbliżył się, wyciągnęła rękę, odbierając od niego paczuszkę. Przekładając sznureczek od zawiniątka na jej palec bezwiednie dotknął go delikatnie. Epizodzik bez znaczenia lecz nie bez miłego uczucia jakiego doznał. - Proszę do środka powiedziała ciepłym, zachęcającym głosem idąc przed nim. Ogarnął wzrokiem jej smukłą postać. Ubrana była w sukienkę z dzianiny ciemno-zielonego koloru opinającą jej kibić. Ciemne włosy upięte wysoko nadawały jej sylwetce jakiegoś uroczego dostojeństwa. Wzrok jego przesunął się dalej wzdłuż szyi, ramion, talii i spoczął na biodrach, a one lekko kołysały się w rytm kroków gdy podążali w stronę salonu. -Niech pan spocznie, proszę wybaczyć, ja przez chwilę zajmę się pakunkiem i kwiatami - powiedziała i przeszła chyba do kuchni. Stał w obszernym pomieszczeniu, zapewne spełniającym rolę jednocześnie salonu i pracowni. Wokół dominowały akcesoria malarskie, obrazy w ramach i bez, nade wszystko widoczne były sztalugi obok których stał stoliczek z farbami luzem i w pudełkach. Na ścianach wisiały obrazy, na ogół olejne, ale także widać było kilka grafik w antyramach. Podchodził do niektórych obrazów, na części z nich oglądanych z bliska, widoczne były niewielkie uszkodzenia powierzchni, inne miały uszkodzone ramy. Jako artysta malarz, doskonale czuł i rozumiał atmosferę pomieszczenia, aczkolwiek jego domowe "atelier" było nieporównanie skromniejsze. Z kuchni tymczasem dochodziły odgłosy odkręconej wody, szelestu celofanu, otwierania i zamykania szafek. Kątem oka spostrzegł Martę wnoszącą wysmukły wazon z kolorowego szkła o barwie głębokiego fioletu. Amarantowe gladiole wspaniale komponowały się z barwą kryształowego naczynia. Gospodyni ustawiła wazon na skraju stołu i zapytała: -Preferuje pan kawę czy woli herbatę, Herbata to mój codzienny napój, w sytuacjach wyjątkowych, może być kawa - odpowiedział zgodnie z prawdą. -Zaraz podam - rzuciła z uśmiechem. Jakub podziwiając kompozycję w wazonie zwrócił uwagę na stół: leżał na nim obrus w kolorze kobaltu. Fakturą swą przypominał jedwab, na nim zaś widoczny był wzór z motywem japońskich kwitnących wiśni. Kwiaty o naturalnej wielkości, niezbyt gęste i nieregularnie zawieszone na gałązkach, musiały przyciągać wzrok, choćby z powodu niezwykłej kolorystycznie i tematycznie kompozycji owego wzoru. Jeszcze kilka chwil i zjawiła się gospodyni z zastawą i wiktuałami na tacy. Całość, gdy pojawiła się na stole podwieczorkowa zastawa, komponowała się świetnie. Gospodyni siadła naprzeciwko niego i wówczas mógł dyskretnie ocenić jej ładną symetryczną twarz, czarne spokojne oczy, z uszu zwisały kolczyki w kolorze grafitu lub granatu w kształcie romboidalnym. Na szyi zwisał złoty łańcuszek, niezbyt drobny by na sukience zdecydowanie zarysować kontrastową kreskę. Łańcuszek podtrzymywał czysty, owalny bursztyn. Szukając tematu do nawiązania rozmowy, przesuwał nieśpiesznie wzrok wzdłuż wiszących obrazów. Widząc jego zaciekawienie starymi, często uszkodzonymi dziełami sztuki pierwsza rozpoczęła rozmowę: -Słyszałam od Grześka, że interesuje pana malarstwo, które dodatkowo uprawia pan czynnie choć hobbystycznie. - O tak, nie mam wielu osiągnięć będąc amatorem, ale zawsze coś, odrzekł z ukrywaną satysfakcją. Spostrzegłszy jego zainteresowanie jednym z większych płócien, nieco uszkodzonych, skomentowała: -Oto jeden z przedmiotów mojej pracy, żmudne uzupełnianie ubytków. Chcąc podtrzymać ów wątek powiedział: - proszę wybaczyć dygresję, sama obecność tych obrazów w pani pracowni po tych kilkudziesięciu czy kilkuset latach od ich namalowania świadczy, że ich właściciele cenią ich wartość rzeczywistą lub sentymentalną i odnosili przez lata przyjemność w ich oglądaniu. Pani praca jest jakby w cieniu autora dzieła, które jest przedmiotem konserwacji. Czy nie wywołuje to poczucia mniejszej wartości artystycznej pani pracy - w pewnym sensie rzemieślniczej? -Ja uważam, że moja praca może być również pasjonująca i poniekąd częściowo twórcza, ze względu na współczesną technologię mojej pracy i zdecydowanie inne obecnie materiały malarskie. Czas nie oszczędza dzieł sztuki i zawsze będzie potrzebna ich konserwacja. Stając przy sztalugach oczywiście nie mam wpływu na tematykę obrazu ale mam wpływ na jakość renowacji którą wykonuję. Wieloletnia praktyka i nabyta wiedza a także rzetelność w wykonywaniu konserwacji jest warunkiem sukcesu, a więc mojego zadowolenia i zadowolenia właściciela dzieła sztuki. Po głębszym omówieniu tego zagadnienia rozmowa pomału zeszła na tematy warsztatowe. - Pani Marto, interesuje mnie głównie sprawa kontynuowania malowania po dłuższym okresie przerwy - ściśle biorąc już po wyschnięciu farby po poprzedniej sesji malarskiej. Spodziewam się, że akurat ta kwestia będzie dla tak profesjonalnej konserwatorki Sztuki łatwa do objaśnienia - dodał z uśmiechem i dalej kontynuował: - wiadomo, że wielcy malarze swoje prace często malowali kilka lat z przerwami, jak więc praktycznie w podobnych przypadkach należy postępować kontynuując malowanie - spytał? Marta wahała się przez chwilę nim zaczęła mówić: -Tak, tak, rozumiem, ale rzecz jest trudna do objaśnienia, tylko praktyka podpowiada jak dobierać kolory w ramach barwy i odpowiedniej tonacji tej barwy w otoczeniu "starego" fragmentu obrazu. Często dobór kolorów podejmowany jest na palecie wiele razy, trzeba wszakże mieć świadomość iż tylko zbliżamy się do ideału - ale na tyle, że podczas normalnej obserwacji dzieła sztuki, nie dostrzeżemy styku w malowanych fragmentach dzieła. Im starszy obraz tym praca trudniejsza głównie dlatego, że nieosiągalna jest paleta ówcześnie używanych barwników. Współczesne zestawy farb są kolorystycznie nieporównywalnie bogatsze, lecz niekoniecznie dadzą się skomponować wiernie do kolorystyki obszaru renowacji. Potem jeszcze rozmowa zeszła na tematy organizacyjne warszawskiego środowiska artystycznego. Jakub w pierwszej kolejności wyraził swój krytyczny pogląd na temat systemu kształcenia w szkołach artystycznych: - od kilkunastu lat obserwuję poczynania młodych artystów malarzy ze środowiska warszawskiego. Czy nie sadzi pani, że w swojej karierze artystycznej zbyt wcześnie młodzi, nie mający jeszcze żadnych większych osiągnięć ("nazwisk"), już pragną się lokować w awangardzie artystycznej. Rzadko na wernisażach można wyłowić prace, które wskazywałyby, iż autor opanował podstawy warsztatu malarskiego i wykazuje się finezją w swojej twórczości. -Ma pan rację, nie jest dobrze gdy absolwent Akademii Sztuk Pięknych ma braki warsztatowe - cokolwiek miałoby to znaczyć - ale też trudno zabronić artyście z dyplomem, poszukiwać swych własnych dróg, poddając się krytyce widzów i środowiska artystycznego. Zawsze nowe prądy w sztuce miały swoich krytyków czy to malarstwo, rzeźba ale także muzyka i każda inna działalność twórcza. Zazwyczaj krytycznie patrzą na nowe poczynania artystów ludzie w podeszłym wieku z ugruntowanymi przekonaniami w tym względzie. Wymiana poglądów na różne inne, mniej ważne tematy trwała jeszcze jakiś czas, między innymi Jakub dopytywał: - jak malarze zagospodarowują swe powystawowe prace, wiadomo przecież, że popyt na ich sztukę jest niewielki a marszandzi w dzisiejszych czasach to rzadkość, zaś artysta bez "nazwiska" to w ogóle nie ma szans na życie z malarstwa. -Większość młodych artystów, jak pan powiedział bez "nazwiska",żyje z działalności pobocznej, na ogół związanej z komercją, gdzie rzadko oczekuje się działań stricte artystycznych, przepraszam na chwilę. Nagle rozmowę przerwał dzwonek do drzwi, Marta wstała i usprawiedliwiając swoje wyjście oświadczyła: -Spodziewam się wizyty zawodowej, zaraz wrócę. Gdy przechodziła obok niego poczuł jego ulubiony zapach perfum "Gabriela" snujący się za nią, miło zdziwił go ten zbieg okoliczności. Posłyszał otwieranie drzwi wejściowych. W tym momencie przeciąg z lekka trzasnął drzwiami od tarasu, Jakub drgnął wyciągając odruchowo rękę, lecz nie zdążył, firana zwisająca nad drzwiami tarasowymi wyciągnięta została częściowo na zewnątrz powiewem przeciągu.... tuknęła furtka, pomyślał - pewnie przyjechali Filip z Mateuszem może nawet z Moniką. Zwłaszcza ciekaw był jak tam u Mateusza w szkole, bo przecież przygotowuje się do egzaminów ósmej klasy. Otworzył oczy i natychmiast zamknął, słońce oślepiło go tym bardziej, że w sposób migotliwy, uporczywie przedzierało się przez nagie o tej porze roku gałązki modrzewia. Uniósł się nieco, przestawił krzesło skośnie do promieni słonecznych. Myśl o Marcie powróciła ale z realistyczną siłą dnia dzisiejszego - było marzenie, jest rzeczywistość. Nagle nadbiegł Filip z rowerem wołając:- babcia kazała powiedzieć żebyś nie spał na słońcu. - Znowu zrzędzi - pomyślał - ale Filip kontynuował: - dziadku pod pompujesz mi koła w rowerze? - Mateusz nie może ci tego zrobić? - on nie chce, ale ja wiem dlaczego - on też nie ma siły, tylko nie chce się przyznać. - postaw rower przy garażu, zaraz przyjdę. arzenia senne minęły, ale problem, który niespodziewanie powstał, w dalszym ciągu nie był bliski rozwiązaniu. Gdyby nie pandemia i te wszystkie LookDowny pewnie mogłoby się zdarzyć że zaprosiłby ją do Narodowego na któryś Muzealny Wtorek, potem do muzealnych sal, a tam już Marta czuła by się jak ryba w wodzie.
Wprawdzie ostatnio, jeszcze przed pandemią, z trudem pokonywał kilka sal muzealnych nie siadając po drodze. W takiej chwili jednak, w dobrym towarzystwie łatwiej by było się przemóc i pokonać trudności chodzenia. Obecnie zwiedzając muzeum, zapewne musiałby liczyć na wyrozumiałość swojej towarzyszki. Snucie przypuszczeń co by było gdyby, jest obecnie bezcelowe, teraz należało przeczekać następne kilka dni w nadziei znalezienia jakiegoś sensownego pomysłu. Doświadczenie życiowe podpowiadało, że w takich sytuacjach i na tę chwilę, zwłoka w działaniu to dobre rozwiązanie, zwłaszcza że apogeum stanu emocjonalnego już mijało i przeczuwał niepowodzenie owego irracjonalnego przedsięwzięcia. Może to dziwne ale powracając do teraźniejszości poczuł ulgę. Pomyślał sobie - może nieźle, że sprawy wyhamowały we właściwym momencie bez negatywnych następstw. Często zdarzało się, że w różnych momentach życia wyrywał się poza swój czas - ten który już minął - czyli we wspomnienia, ale nie tyko to, bywały "ucieczki" we współczesny czas jego wnuków, którego w pełni nie rozumiał i często nie akceptował. Dobrze czuł się tylko w konformistycznej przestrzeni swego domu, swego ogrodu, własnych upodobań i przyzwyczajeń. Poniekąd właśnie dlatego trudno mu było przywyknąć do tego, że ten współczesny czas, nie potrzebuje go zarówno w sensie rzeczywistym, fizycznym, jak też w sensie mentalnym. Ulegał czasami ułudzie istnienia jakiegoś oczekującego na niego miejsca, ciekawszego niż to w jakim obecnie żyje. Oczekiwane towarzyskie wizyty także już się raczej nie zdarzą, zwłaszcza trudno liczyć na emocjonujące spotkania - te pozostaną w sferze marzeń. Jest wszakże spotkanie nieuniknione, najważniejsze i ostateczne, pięknie o tym spotkaniu śpiewał Sebastian Karpiel-Bułecka lider zespołu Zakopower.Z uwagi na swój wiek Jakub uznał przywołanie w myśli strof tej piosenki, w której nieodwołalne, ostatnie pożegnanie jest także najważniejszym spotkaniem - za stosowne. Tak będzie, a tymczasem ciągle jeszcze Bóg nie woła, wiedział wszakże, że jego wizyta jest oczekiwana. Otaczająca go niełatwa rzeczywistość, którą uprzednio już nie raz potrafił zaakceptować, dzięki jego wytrenowanemu, introwertycznemu charakterowi, również teraz nie okazała się zbyt dokuczliwa. Pozwala mu ona, nawet w tym dołku psychicznym, zainteresować się twórczą działalnością: artystyczną, techniczną, intelektualną. Podjęcie refleksyjnej oceny sytuacji wokół siebie i udany krótki literacki epizodzik, potwierdziły jego dobrą kondycję intelektualną. Refleksje oczyszczają umysł, porządkują myśli, na chwilę odrywają je od rzeczywistości. Życie jednak naciska i oczekuje realnych działań i podejmowania przeróżnych decyzji. Jakub wiedział, że natrętne obecnie myśli, pozbawione nowych pomysłów rozwiązania problemu, zszarzeją, stracą swą ostrość widzenia sprawy, by w końcu przepaść w prozaicznej rzeczywistości. Niech więc będzie tak jak zechce los. Wyjątkowo ciepła wiosna mobilizuje do prac porządkowych w ogrodzie. Praca po zimowym letargu choć męcząca - jest ożywcza, dająca satysfakcję podczas realizacji ciekawych nowych pomysłów. Czekają także nie zrealizowane plany malarskie, praca twórcza przy sztalugach jest dla Jakuba paradoksalnie podniecająca i jednocześnie uspokajająca po pracach technicznych w ogrodzie. Wszystko powraca więc do corocznego rytuału i tak kończy się bez happy endu wirtualna przygoda o cechach findesieclowego flirtu. |
|
![]() |
-Do początku- |